Wycieczka do Biblioteki Kórnickiej
We mgle październikowej brnął z trudem, w powietrzu gęstym od wilgoci, ohydny stwór poczwarny, skarlały i garbaty. Brnął ku skarbcom przepastnym ostatnie uroki poczynić i diabły przywołać, które strzec owych dobrodziejstw miały po kres czasu. Nagle powiew wiatru ogniem pochodni załopotał i dźwięk piekielny, jakby stu czartów warkot, dobiegł z ciemności wojewody. Ślepia gorejące w ciemności lasu dostrzegł Stanisław i przerażony do ruchu niezdolny patrzył jak rosły i zalewały potwornym białym blaskiem całą okolicę. W ostatniej chwili rzucił się w bok konwulsją swego kalekiego ciała i spojrzał na przebiegającego przed nim duktem leśnym potwora. W nadnaturalnym pedzie minęła go poczwara na jakieś osiem sążni długa, cztery łokcie szeroka, na pięć wysoka, do skrzyni żelaznej podobna, na kołach toczona, bez żadnego zaprzęgu. Przeżegnałby się Górka, gdyby z piekielnym plemieniem paktu nie podpisał, ale pomimo zgody między nim i władcami podziemnych płomieni, dreszcz przerażenia przebiegł mu po garbie.
Cisza i ciemność spowijały zamek. Wskazówki starego zegara biegły ku północy, a jakby razem z nimi kobieca postać z mgieł utkana sunęła korytarzem ku tarasom. Już na nią czekał, na podwórcu, rumak ogromny, kary i rycerz na nim czarny niby smoła, co ją na spacer zabierze dzisiaj, jak każdej nocy. Nie zazna Teofila spokoju, czarty jej nie pozwolą, bowiem zniszczyła diabelskie schronienie dla dobra ludzi, straszna to przewina. Nie odnalazła skarbu, bowiem go nie szukała, oddała swym podopiecznym ruiny myśliwskiego zamku, w którego to podziemiach wojewoda Stanisław skarby w duchów smolistych opiece zostawił. Błąka się tak po swych włościach aż kur pierwszy zapieje i błąkać się będzie nadal, póki kto skarbu nie odkryje i piekłu nie wydrze z gardła.
Pędził więc rumak ognisty iskry krzesząc z kamieni zatopionych w drodze, lecz nagle rzecz dziwna bo droga leśna zmieniła się w taflę czarnego kamienia szeroką niczym rzeka, gdzieś zniknął las i zamek, rozbiegła się mgła i tylko cisza nocy i gwiazdy nad nimi. Nagle potworne wycie, jakby tysiąca Lucyferów dobiegło zza ich pleców. Ujrzała tedy dziedziczka Działyńska tegoż samego stwora, co tak Górkę przeraził, lecz nie zdążyła nawet przymknąć oczu gdy ten ostatni niczym sam Helel Ben-Szachar rozwiał w dym ich ulotne postaci na swym żelaznym kadłubie i pomknął dalej w ciemność, rozcinaną blaskiem potwornych ślepi, na pożegnanie migocząc dwoma czerwonymi latarniami na odwłoku.
Wracał Jan Kanty do swojego domu, a nad nim ptak złowieszczy krążył drogę całą. Orzeł to niby, ale czarny jakiś, orzeł złowrogi który śmierć przynosi. Szedł leśną drogą, której szlak przecierał Górka Stanisław, co ukrywał skarby. Jechał nią konno rycerz z piekła rodem, który dziedziczce spokój wieczny burzył. Nią to wędrował dziewięć lat po Listopadzie Tytus z Działyńskich gdy Prusakom z gardła wydarł, co dostał od swych protoplastów. (Rozkwitł majątek, kiedy tu powrócił, uczył rzemiosła i gromadził księgi. Księgi historii, druki ziem prastare, co zwykł był czynić, aż do swego końca.) Tak sobie myślał wędrując z wygnania, kiedy wyroki czarno-orlich sądów, śmierci wyroki, znów zostały odwołane. Jak dla Tytusa, tak dla Jana Kanty, gdy dziesięć lat minęło od Stycznia. Znów mgła, co w okolicy bywa rzeczą częstą, lecz we mgle spostrzegł jakiś kształt znajomy, choć znany tylko z dawnych opowieści. Stwór przeogromny nie biegł poprzez mroki, jak zwykł to robić w bajaniach staruszków, lecz stał w bezruchu i kompletnej ciszy. Na czterech rogach piekielnego pudła latarnie w ciemno żółtej barwie w niezmiennym równym i dokładnym takcie, jakby wahadłem zegara znaczonym, gasły i zapalały się, dziwne cienie przywołują z mroku. To jakby ludzie, którzy wyszli z lasu i powracali do brzucha maszkary, kiedy ostatni zniknął w jego wnętrzu, zawył znów diabeł, jak to miał w zwyczaju i pomknął w ciemność pędem niesłychanym.
Jakże wiele wysiłku musiał włożyć Władysław, by sprawy majątku uporządkować na tyle, aby mógł bez wstydu, tuż przed swoim końcem, przekazać narodowi skarby niesłychane. Może nie w formie garnców złota, gdzieś przywalonych ruinami, jednak w wartości, która nie pozwala zginać gdzieś temu, czego nie cenimy, póki nie braknie – naszej świadomości. Wiedział Zamoyski, że się zbliża moment, gdy się mu przyjdzie pożegnać z tym życiem. Już gdzieś w oddali widział wszystkich przeszłych tej okolicy, zamku i przestrzeni, gdy nagle stężał, ponieważ zobaczył jedyną zmorę, której się obawiał. To czarny orzeł co rozłożył skrzydła, odrzucił berło i zdarł ze łba koronę, w pazury złapał prastare symbole, by przeinaczyć, by spodlić znaczenia. Westchnął Władysław kiedy go zobaczył, choć wiedział, że przyszłość widzi, że czas jeszcze pozostał. Westchnął, bo wiedział, że jeśli przyleci, to niszczyć będzie w opętańczym szale niszczyć i grabić to, co przekazał w darze. Przymknął swe oczy i już nie zobaczył, jak gdzieś w oddali światła jasnego promienie drogę wytyczały przed diabelskim stworem.
Świt już nadchodzi, zaraz kur zapieje, z wolna rozpływa się zjawa w świetle brzasku. Jeszcze przeciąga palcami z niebytu po grzbietach książek blada Teofila. Gdzieś tam w przestrzeni kanonik warmiński nawleka gwiazdy na nieba obręcze. Przy biurku w kącie sali, w pomiętym zeszycie fortyfikacje West Point, Saratogi. Diabeł pod ścianą żałośnie zapłakał, bo się przestraszył baby. Awanturnik Maurycy przeszkadza poecie pod lipą, ale już słońce wschodzi, już zaraz przepadnie licho. Spojrzała jeszcze przez okno i zdziwiona niezmiernie zobaczyła potwora z ciemności, odmienionego przez poranka szarość. Coś jakby powóz, ale koni nie ma, okna i w oknach ludzie, dziwne. Zniknęła.
Pasażerowie powoli wysiadali z autobusu podziwiając zamek w blasku poranka, jedynie kierowca oparty o burtę pojazdu z niesmakiem spoglądał na budowlę, mając swoje, dobrze wyrobione zdanie o dziurach w czasoprzestrzeni, ektoplazmatycznych stworach z przeszłości szlajających się po szosie w te i wewte, oraz rzecz jasna, o stowarzyszeniach bibliotekarzy z Wałbrzycha organizujących wycieczki w najbardziej nawiedzone miejsca w kraju.
MW.






















